zazaba
październik 19, 2007
Na dawno zapomnianym blogu znalazlem moj dawno zapomniany sen. Cos jednak musialo mi sie stac z glowa, bo nie miewam juz takich… a moze za malo sypiam po prostu. Dobra, no to przytaczam to wykopalisko w calej rozciaglosci:
“Co to? Niby wszystko na swoim miejscu, ale cos wisi w powietrzu – tak! Zbliza sie egzamin. Z kazda chwila egzamin jest coraz blizej, a my nie mozemy nic poradzic. Ratunek? Nie ma, jest tylko to obrzydliwe uczucie, ze jest juz zupelnie za pozno na jakiekolwiek dzialania – uczyc sie? Ale czego? Ogrom materialu przytlacza i miazdzy, wszystko, doslownie wszystko kojarzy sie z egzaminem – jem, myje sie, jade autobusem… a jesli zapytaja o bilety? A jesli zapytaja o mycie zebow? A jesli tak to ktorych zebow? A ile mamy zebow? A ile trzonowcow? A jesli zapytaja po hebrajsku? A jesli w koncu w ogole nie zapytaja…. co co powiem. Tak sobie jade moim czerwonym maluszkiem ul Balonowa i rozmyslam, a w gardle czuje taka rosnaca gulke… czego to ja szukam? Ach tak! Ktos dzwonil przed chwila – jedna reka prowadzilem a druga panicznie przeszukiwalem torbe lezaca na tylnim siedzeniu – juz pamietam. Pytania beda z wielkich malarzy – Mamarcin mowi, ze tak mowia na miescie. Gdzie ja teraz znajde wielkich malarzy? Takie rzeczy mozna juz tylko dorwac na jakis zapyzialych targowiskach, pomiedzy starymi czajnikami, zepsutymi latarkami, szczerozlotymi sygnetami itp. Wreszcie jest – targowisko w blocie, pada deszcz. Oho, w samochodzie na bocznym siedzeniu siedzi Brat. Targowisko, motyla noga – wyglada na nieczynne – opustoszale kartonowe konstrukcje nasiakaja powoli woda – widac wyraznie jak woda podchodzi coraz wyzej po kartonowych scianach, rozmiekcza, rozpuszcza, rozkleja. Budy powoli pochylaja sie ku sobie i opieraja o siebie. Nie ma co, targowisko przeniesli tam za stacje – mowi Brat. Mam buty pelne wody, swedza mnie stopy, w gardle gulka. Cofanko i jedziemy za stacje – faktycznie tu jakby mniej wody, bo ludzie kopia dol, w ktorym zrobilo sie juz male jeziorko. Zrobili bardzo strome brzegi, ale z jednej strony jest dojscie – wszyscy skupili sie na brzegu i otoczyli cos tam zwartym kregiem jak profesjonalni “gapie”. Lazimy z Bratem i szukamy – wszedzie na prowizorycznych stoiskach zé skrzynek, cerat na blocie itp leza rosyjskie czerwone latajace talerze do nakrecania, ale jak sie nakreci to nie dzialaja. Od Mamamindury dostajemy wielkich malarzy – caly komplet – ladne segregatory w kolorze fioletowym, ale mozemy tylko tak lekko otwierac, bo bardziej nie mozemy. Brat mowi ze jak bedziemy w domu to otworzymy bardziej. Gulka w gardle. Gapie ciagle cos tam w blocie grzebia. Wielkie nieba! Widze juz co sie stalo. Gulka robi sie zupelnie wielka. W blocie lezy zaba, a w zasadzie dwie zaby, ale zrosniete przednimi lapami. Nie wiem co robic – chce mi sie rzygac. Wiem ze ta zaba nie jest przypadkowa. Jestem przerazony! To nie pierwszy raz! Pamietam nagle mnostwo innych pozrastanych zwierzat, jakies sloiki i kompoty…. sliwki – nasze stare drzewo z duzymi sliwkami co sie przewrocilo na naszych oczach – wial wiatr.
Dzien egzaminu, jakie to szczescie ze nie musze zdawac – Totomasz wlasnie sie ubral i jedziemy na parter. Jedziemy powoli, a ja leze w pidzamie na jakiejs starej wersalce w windzie instytutu. Totomasz ubral sie w najlepsze ciuchy i udaje ze nie jest zdenerwowany, ale widac ze jest blady i strasznie sie poci. Totomasz idzie na egzamin zupelnie bez spodni – ma na sobie marynarke, koszule i krawat, idealna fryzura, ogolony i wypachniony, meskie skarpetki z wzorkiem, biale majtasy i wlosy na nogach. Przeciez i tak bedzie siedzial w lawce i nikt nie zobaczy jego spodni – Totomasz mowi to tak serio, ze wiem, ze wierzy w to co mowi i wiem ze nie przekonam go w zaden sposob, ze to glupie. Wiem tez ze prawdopodobnie wszyscy beda bez spodni, albo duza czesc przynajmniej. To wszystko mi zwisa, nie musze zdawac egzaminu, nie ma gulki – wszyscy mi zazdroszcza, ale nic mi sie nie chce. Otwieraja sie drzwi – winda zamiast na parter zjechala do piwnicy. W sklepowych wozkach to i tam plona niebieskim plomieniem wielkie bryly paliwa turystycznego. Paliwo topi sie powoli i pali sie tez miejscami podloga. Z sufitu splywaja topiace sie panele – jestem spocony – wszysko jest spocone i pali niebieskim plomieniem – na metalowym druciku pali sie kawalek waty maczanej w denaturacie – jestem spocony – banki na moim brzuchu wsysaja mnie powoli do srodka a ja jeszcze nie wiem do ktorej chce.”

październik 19, 2007 at 12:22 pm
Nie lam sie man. To nie jest tak ze nie masz juz takich snow. Teraz to sie nazywa rzeczywistosc, a sni ci sie ze siedzisz w jakichs niemcach i babrasz sie w pomidorach. I to jest dopiero odjechane.
październik 19, 2007 at 1:39 pm
Sen strasznopiękny, dusznie realny acz w oparach nonsensu i zagrożenia , precz , sio !
TIMOBOLL trafił, taki sen to skondensowana klaustofobiczna rzeczywistośc ino zmatrixowana
Niech przysni ci sie Lalecznik Ośmioreki pożeracz gul i baniek oraz motyli w brzuchu, czysciciel horyzontu i kolorysta.
Mnie sie kiedyś przysnił przyjechał winda z kosmosu
październik 19, 2007 at 9:09 pm
“Zakończenie jego rozmyślań było nagłe, ale poprzedziło je kilka znaków. Najpierw (po długiej suszy) odległa chmura nad pewnym szczytem, lekka jak ptak; potem, od strony Południa, niebo, które miało kolor różowy jak dziąsło lamparta; później dymy, które pokryły rdzą metal nocy; później paniczna ucieczka zwierząt. Bowiem powtórzyło się to, co wydarzyło się przed wieloma wiekami. Ruiny sanktuarium boga ognia zostały zniszczone przez ogień. O świcie bez ptaków mag zobaczył, jak zbliża się do murów kolisty pożar. Przez chwilę pomyślał o schronieniu się w wodzie, ale potem zrozumiał, że nadchodzi śmierć, aby ukoronować jego starość i rozgrzeszyć go z jego trudów. Poszedł ku płomieniom. Te nie kąsały jego ciała, pieściły go i otaczały nie parząc i nie paląc. Z ulgą, z upokorzeniem, z przerażeniem zrozumiał, że on również jest widmem, które śni ktoś inny.”
październik 19, 2007 at 9:10 pm
Jorge Luis Borges