dziki kraj
październik 31, 2007
27 pazdziernika, czyli w sobote, bylismy na koncercie… i to tyle w zasadzie, po coz strzepic jezyk na tak marna impreze…
No dobra, postrzepie.
Zaczelo sie zatem od tego, ze druchow druzyna z druznami przybyla. I bycie swe tutaj podkreslic pragnawszy, trunki wytrawne na stol wystawili. Tedysmy w zespol sie jeli dreptac – posadzkach po parkietach, wykrzykujac przy tym hasla nieprzystojne, glosem gardlowym, szczekiem urywanym, w gleboko proletariackiej tonacji. Nawet instrument moj skalawszy piosnki przyspiewywac poczeli, ktorych tresci niemadrych moge sie tylko domyslac… a i tego nie przystoi bo i ksiedza szanowac trzeba i Boga bac jak najbardziej. Gdy wokaliza ucichla ciepla wodka upoili sie siarczyscie i zabiadolili wespol nad wonia sera, rece lamiac lament wzniesli i z zasnutymi smuta oczyma obiema podloge piwem zewnie polewali. Polawszy, zalawszy, ulawszy krzyne polegiwac zaczeli to tu to tam to siam.
I tu powiem krotko, bo wniosek jest krotki… jeszcze dosc dlugo nie smiem tknac wodki.
Ale do rymu juz nie bedzie, bo to w sumie obciach dosc…
Koncert oczywiscie zaczal sie od… niewpuszczenia mnie do srodka…i to w dodatku nieskutecznego. Potem zenujacy support rozgrzewal tlum zlozony na oko z przypadkowych przechodniow. No a potem sie zaczelo i trwalo i brzmialo. Bardzo git bylo, mowie wam, a jak nie wierzycie to zapytajcie przypadkowego przechodnia. Lyzka dziegciu: w sumie to oni sa dosc oblesni, ten zespol… mialem tego nie pisac, ale fakt to niezbity… no i w zasadzie wygladaja na Rosjan… wiecej o koncercie na k4nia.wordpress.com
![]()
![]()
![]()
![]()
nowe radio
październik 24, 2007

Najnowsza plyta Radiohead dostepna juz jakos od tygodnia. Przyznam, ze jeszcze nie znam, bo wlasnie pierwszy, swiezo sciagniety kawalek przyjemnie owija mi sie na uszach. Sciagniety…. no wlasnie – plyta w calosci jest sciagalna z oficjalnego sklepu zespolu za jedyne… – ha, drugie “no wlasnie” – za jedyne ile chcesz. Samemu wpisujemy w krateczke ile chcemy zaplacic, bez ograniczen jak mi sie wydaje. Ciekawy jestem co na to wytwornie, ciekawy, moze jutro poszukam, moze gdzies ktos cos napisal, ze rewolucja, ze cos nowego, ze jeny jakie to nowe i pachnace. Ale nie o to, bo pewnie i tak czasu ni miejsca nie bedzie. W kazdym razie jest to o tu na tacy, leci trzeci, dosc dobry kawalek funta brytyjskiego. Dobranoc
fiasko-fifiasko
październik 19, 2007
zadzierzgniete z Myszowych przemysliwan ![]()
zazaba
październik 19, 2007
Na dawno zapomnianym blogu znalazlem moj dawno zapomniany sen. Cos jednak musialo mi sie stac z glowa, bo nie miewam juz takich… a moze za malo sypiam po prostu. Dobra, no to przytaczam to wykopalisko w calej rozciaglosci:
“Co to? Niby wszystko na swoim miejscu, ale cos wisi w powietrzu – tak! Zbliza sie egzamin. Z kazda chwila egzamin jest coraz blizej, a my nie mozemy nic poradzic. Ratunek? Nie ma, jest tylko to obrzydliwe uczucie, ze jest juz zupelnie za pozno na jakiekolwiek dzialania – uczyc sie? Ale czego? Ogrom materialu przytlacza i miazdzy, wszystko, doslownie wszystko kojarzy sie z egzaminem – jem, myje sie, jade autobusem… a jesli zapytaja o bilety? A jesli zapytaja o mycie zebow? A jesli tak to ktorych zebow? A ile mamy zebow? A ile trzonowcow? A jesli zapytaja po hebrajsku? A jesli w koncu w ogole nie zapytaja…. co co powiem. Tak sobie jade moim czerwonym maluszkiem ul Balonowa i rozmyslam, a w gardle czuje taka rosnaca gulke… czego to ja szukam? Ach tak! Ktos dzwonil przed chwila – jedna reka prowadzilem a druga panicznie przeszukiwalem torbe lezaca na tylnim siedzeniu – juz pamietam. Pytania beda z wielkich malarzy – Mamarcin mowi, ze tak mowia na miescie. Gdzie ja teraz znajde wielkich malarzy? Takie rzeczy mozna juz tylko dorwac na jakis zapyzialych targowiskach, pomiedzy starymi czajnikami, zepsutymi latarkami, szczerozlotymi sygnetami itp. Wreszcie jest – targowisko w blocie, pada deszcz. Oho, w samochodzie na bocznym siedzeniu siedzi Brat. Targowisko, motyla noga – wyglada na nieczynne – opustoszale kartonowe konstrukcje nasiakaja powoli woda – widac wyraznie jak woda podchodzi coraz wyzej po kartonowych scianach, rozmiekcza, rozpuszcza, rozkleja. Budy powoli pochylaja sie ku sobie i opieraja o siebie. Nie ma co, targowisko przeniesli tam za stacje – mowi Brat. Mam buty pelne wody, swedza mnie stopy, w gardle gulka. Cofanko i jedziemy za stacje – faktycznie tu jakby mniej wody, bo ludzie kopia dol, w ktorym zrobilo sie juz male jeziorko. Zrobili bardzo strome brzegi, ale z jednej strony jest dojscie – wszyscy skupili sie na brzegu i otoczyli cos tam zwartym kregiem jak profesjonalni “gapie”. Lazimy z Bratem i szukamy – wszedzie na prowizorycznych stoiskach zé skrzynek, cerat na blocie itp leza rosyjskie czerwone latajace talerze do nakrecania, ale jak sie nakreci to nie dzialaja. Od Mamamindury dostajemy wielkich malarzy – caly komplet – ladne segregatory w kolorze fioletowym, ale mozemy tylko tak lekko otwierac, bo bardziej nie mozemy. Brat mowi ze jak bedziemy w domu to otworzymy bardziej. Gulka w gardle. Gapie ciagle cos tam w blocie grzebia. Wielkie nieba! Widze juz co sie stalo. Gulka robi sie zupelnie wielka. W blocie lezy zaba, a w zasadzie dwie zaby, ale zrosniete przednimi lapami. Nie wiem co robic – chce mi sie rzygac. Wiem ze ta zaba nie jest przypadkowa. Jestem przerazony! To nie pierwszy raz! Pamietam nagle mnostwo innych pozrastanych zwierzat, jakies sloiki i kompoty…. sliwki – nasze stare drzewo z duzymi sliwkami co sie przewrocilo na naszych oczach – wial wiatr.
Dzien egzaminu, jakie to szczescie ze nie musze zdawac – Totomasz wlasnie sie ubral i jedziemy na parter. Jedziemy powoli, a ja leze w pidzamie na jakiejs starej wersalce w windzie instytutu. Totomasz ubral sie w najlepsze ciuchy i udaje ze nie jest zdenerwowany, ale widac ze jest blady i strasznie sie poci. Totomasz idzie na egzamin zupelnie bez spodni – ma na sobie marynarke, koszule i krawat, idealna fryzura, ogolony i wypachniony, meskie skarpetki z wzorkiem, biale majtasy i wlosy na nogach. Przeciez i tak bedzie siedzial w lawce i nikt nie zobaczy jego spodni – Totomasz mowi to tak serio, ze wiem, ze wierzy w to co mowi i wiem ze nie przekonam go w zaden sposob, ze to glupie. Wiem tez ze prawdopodobnie wszyscy beda bez spodni, albo duza czesc przynajmniej. To wszystko mi zwisa, nie musze zdawac egzaminu, nie ma gulki – wszyscy mi zazdroszcza, ale nic mi sie nie chce. Otwieraja sie drzwi – winda zamiast na parter zjechala do piwnicy. W sklepowych wozkach to i tam plona niebieskim plomieniem wielkie bryly paliwa turystycznego. Paliwo topi sie powoli i pali sie tez miejscami podloga. Z sufitu splywaja topiace sie panele – jestem spocony – wszysko jest spocone i pali niebieskim plomieniem – na metalowym druciku pali sie kawalek waty maczanej w denaturacie – jestem spocony – banki na moim brzuchu wsysaja mnie powoli do srodka a ja jeszcze nie wiem do ktorej chce.”
bablon zug
październik 14, 2007
Powrot z wakacji
Podobno kiedys, kiedy swiat mial jeszcze kolory ORVO, a studenci nosili wasy, byl taki Lenon. Lenon definitywnie z wakacji nie wrocil… tak glosi legenda. houk!
Do You really want to grow up Danilo?
październik 10, 2007
Schaboszczaki z piłkiem cudacznym
październik 9, 2007
Dla niewtajemniczonych: odbywa sie wlasnie rugby world cup 2007! Impreza, ktora przyznam sledze po raz pierwszy, ale juz teraz wiem, ze nie po raz ostatni. W Polsce czy Germanii latwo ja przeoczyc, ale tym razem, szczesliwym trafem, zahaczylismy o Francje, gdzie od paru tygodni mowi sie tylko o jajowatej pilce i Sebastienie Chabal’u – gwiezdzie le Bleues. Po paru wieczorach spedzonych w zatloczonym pubie udzielilo sie i mi, co prawda moze nie sympatia dla zabojadzkiego teamu, ale dla gry samej w sobie. To moze pare slow o lataniu z jajem:
Przede wszystkim do tej gry jaja trzeba miec swoje. Na nic nie zdalyby sie akcje tego czy tego pana, ani nawet calej reprezentacji pewnego kraju. Zawodnicy bywaja opatrywani na boisku, podczas gdy tuz obok toczy sie walka i tylko od nich zalezy jak szybko wroca do akcji. Ale nie w agresji tkwi piekno – wrecz przeciwnie! Chociaz gra z poczatku wyglada brutalnie i chaotycznie, boiskiem rzadzi kilka podstawowych i wcale nie takich oczywistych zasad, ktore porzadkuja i trzymaja w ryzach caly ten tabun (mozna poczytac np tu). No i oczywiscie gdyby nie zakaz podawania do przodu czy trzymania pilki lezac na murawie nie byloby takich akcji:
No przyznam, ze niejednokrotnie nie pojmuje jeszcze decyzji sedziego, ale moze z czasem…
Poki co przed nami polfinaly, ktore mam nadzieje obejrzec gdzies w Berlinie. W sobote Anglia – Francja, w niedziele Argentyna – RPA. Juhu!
Szkoda tylko, ze Nowa Zelandia odpadla i nie bedzie juz:
A damn fine cup of coffee
październik 9, 2007
![]()
Juhu! Juz wtorek, a ja jeszcze kimam w najlepsze. Powrocony z wakacji probuje sie jakos przystosowac do rzeczywistosci… niestety na prozno. Powstalo troche materialu na fiaska, troche zdjec i mnostwo dobrych wspomnien. Wkrotce napisze cos o naszej wyprawie, a tymczasem czas na damn fine cup of coffee.
